piątek, 11 czerwca 2010

Historia trzecia - Jezus Eucharystyczny, który tęskni i karmi


To zaczęło się jakiś czas po nawróceniu. Jezus był już dla mnie kimś bardzo ważnym, tak naprawdę to mogę przyrównać to co się ze mną działo w tamtym czasie( a i teraz nie mija choć wygląda inaczej) do zakochania się i zresztą każdy nawrócony dość często słyszę- podobnie o tym opowiada- ten stan jest jak zakochanie tylko, że nie w człowieku a w Bogu,- dziwne? - warto dodać w Bogu tak pięknym i tak fascynującym, że ten stan, któremu się ulega nagle czy w dłuższym procesie przemiany staje się zrozumiałą konsekwencją poznania Go osobiście.
To doświadczenie mogło by być porównane w sferze ducha do zsuniecia się opaski z oczu, którą się miało od zawsze, jakby ktoś dał nowe widzenie wszystkiego. A jest też tak. lubię to porównanie, że jest tak jakby dotąd płaski i nieodczuwalny a teraz ożywiony, cielesny Jezus wyszedł wprost z kart Biblii- po prostu Jego Osoba staje się tak samo rzeczywista jak osób , które znamy na codzień z najbliższego otoczenia i nic już nie jest jak dawniej.
No i zaczęło się zmieniać...

Wiedziałam, że On codziennie jest udzielany w komunii podczas mszy św i warto korzystać z tego dobra częściej ale mimo wszystko był we mnie opór. Moje nawrócenie spowodowało już i tak wiele szumnych zmian w codziennym postępowaniu. Odwróciłam się całą sobą od grzechów. Jasne grzeszyłam nadal, robię to po dziś dzień ,nie przesadzę teraz- po kilkanaście razy na dobę, jestem jednak dużo mocniej wyczulona na zło i zaniedbanie dobra jednak od tamtego czasu nie chciałam już tego robić świadomie, nawet wtedy gdy czekała mnie jakaś wyraźna korzyść z postąpienia nie fair wobec praw Boga, grzech stał się obrzydliwością, śmierdzącym łajnem- nie chciałam się go tykać.

Nie byłam jednak pewna czy chcę by moje nawrócenie było taż tak bardzo widoczne dla innych bym zwracała uwagę otoczenia, w końcu wreszcie ten i owy się dowie gdzie łażę o świcie czy wieczorami i będzie mi co najmniej dziwnie.
Coś majaczyło wciąż w moim sercu ale nie chciałam dać temu głosu a ten głos i tak słyszalnie coraz wyraźniej powtarzał codziennie w moim wnętrzu: "tęsknię za tobą, jak bardzo tęsknię, codziennie czekam w Komunii na Ciebie. Czy przyjdziesz dziś na spotkanie"?
A ja odpowiadałam,: "nie ,dziś nie, naprawdę, może innym razem..."

Nie chciałam aż takich zmian w życiu, nie aż do takiego stopnia . To niedziela i święta były od chodzenia na mszę św. ewentualnie okazjonalnie w tygodniu jak mocniej poczułam ale nie częściej, przecież to nie dla szesnastolatki, bardziej dla ludzi starszych( którzy mają dużo czasu, zbliżają się do Boga bo zaczynają liczyć się ze śmiercią- tak wtedy myślałam).
Jednak ten głos nie ustawał- był wytrwały choć jednocześnie delikatny- zapraszał do czegoś więcej niż niedzielnej normy katolika, do pójścia wgłąb tego co jest sercem Kościoła.
Do tej pory wydawało mi się to wręcz niemożliwe znaleźć czas w moim grafiku by chodzić na Eucharystię codziennie. Kiedy w ogóle znaleźć czas na mszę św w tygodniu, gdy miałam szkołę naukę, obowiązki, chciałam mieć też jakiś krótki czas na nic nie robienie. Lekcje w szkole zaczynałam zawsze o 8.00 a żeby dojechać do niej, była oddalona bowiem o ok 35 km musiałam posłużyć się autobusem kolejką i jeszcze 15 min zasuwać pieszo. Codziennie miałam też ok. 9 godzin lekcyjnych. Wracałam gdy ściemniało się już -padnięta.
Nie chciałam aż takich rewolucji w moim życiu aż tak przeorganizowywać całego swojego dnia, bałam się stracić ten święty spokój, który do tej pory miałam w kwestii wolnego czasu po spełnieniu najpilniejszych zadań, tym bardziej nie widziało mi się zejść ze ścieżki utartych schematów dnia i wprowadzić codzienną obecność na mszy św.
Jednocześnie to mnie tak pociągało i w głębi serca wydawało mi się to takie piękne karmić się Nim codziennie, zazdrościłam tym którzy mieli do tego siłę i samozaparcie.
Tylko właśnie pojawiało się co rusz pytanie-jeśli zacznę tak żyć to co ludzie powiedzą?Przecież wyjdę na nawiedzoną, pomyślą, że chcę do zakonu, nie chciałam w żadnym wypadku być tak oceniana.
W moim domu tradycyjnie katolickim już i tak ostro oceniano tę moją całą zmianę, traktując ją jako fanaberię, ciągle wysłuchiwałam kąśliwości.

Tak się składało, że kościół miałam 15 minut od domu, codziennie słyszałam dzwony wzywające na mszę św. W pewnym momencie Pan tak bardzo posługiwał się tymi dzwonami przywołując mnie tym swoim: przyjdź, przyjdź czekam..., że w godzinie ich bicia starałam się wychodzić do pokoju w odleglejszej części mieszkania by ich po prostu nie słyszeć. Jeśli dobrze pamiętam bywało, że czasem wręcz zatykałam uszy. Nie chciałam aż tak bardzo zmieniać swojego życia.

To była ta jedna cześć mnie, która robiła wszystko by właśnie w czasie wieczornej czy porannej mszy św w tygodniu nie mieć z jakichś bardzo obiektywnych przyczyn czasu by na nią pójść. Druga część mnie zaczęła po jakimś okresie oporu i walki z tym przynaglaniem przełamywać się i najpierw były to pojedyncze wyjścia w jednym, dwóch dniach w tygodniu a potem już po kilka razy. Ani się spostrzegłam jak zaczęłam chodzić do kościoła codziennie i podczas mszy św. przyjmować Jezusa w Chlebie.
I mogę powiedzieć, że gdy poddałam się ostatecznie i On przejął w tym dalszą kontrolę, od chwili gdy postanowiłam, że będę codzień karmić się Nim, zaczęła się wielka przygoda mojego życia, wszystko co się działo, i do dziś mnie to zdumiewa, naprawdę- plan lekcji w liceum, potem na studiach plan wykładów, praca, rozkłady autobusów, sytuacje, ludzie, godziny mszy św, usytuowanie kościołów na trasie, wszystko bez mojego jakiegoś bardzo wielkiego wysiłku przy odrobinie zaangażowania z mojej strony układać mi się zaczęło tak, że chodzenie na mszę św było jak najbardziej możliwe do zrealizowania w każdych okolicznościach. Nawet na obozach wyjazdowych z klasą, w liceum szłam ja i wcale o to nie zabiegając pociągałam za sobą kilka zainteresowanych osób.
Zaczęłam zabiegać o msze św codzienne bo życie nabrało nowej jakości, miałam zapał i pogodę ducha do stawiania czoła wydarzeniom dnia, czułam się tak wspaniale zaczynając z Nim dzień w ten sposób, wszystko co miałam robić danego dnia nabierało głębszej wartości bo zaczynałam od spotkania z Nim powierzając Mu to wszystko co mnie czekało a resztę dnia On żył we mnie i miałam przemożne wrażenie, że prostuje mi sytuacje życiowe.
Do dzisiejszego dnia z wyjątkami cięższych chorób czy niedomagań, sytuacji rzadkich absolutnej niemożności i kilku epizodów okresowego lenistwa duchowego bo miewam i takie i to wcale nierzadko byłam przez te 18 lat codziennie na mszy św. I teraz gdy mam 4 miesięcznego synka a więc na brak zajęć nie narzekam, czy sama czy z nim mimo wszystko jestem na mszy św. przyjmując Pana i bo jakoś już nie umiem inaczej a może po prostu inaczej nie chcę.
Eucharystyczny Jezus spotykany w codziennej mszy św. to najlepsze co mi się przydarzyło w życiu. Myślę że to łaska, że otrzymałam wtedy takie zaproszenie, cieszę się że na nie odpowiedziałam, dzięki Jego zachęcie.

2 komentarze:

  1. Chwała Panu! Dzięki serdeczne za to świadectwo. Codzienna Eucharystia jest ogromnym darem. Ja mam to szczęście, że również mogę być codziennie na Mszy Św. i jest dokładnie tak jak piszesz - to stąd bierze się sens dla całego dnia, tu Pan Bóg daje łaski. Pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hi... Looking ways to market your blog? try this: http://bit.ly/instantvisitors

    OdpowiedzUsuń