czwartek, 10 czerwca 2010

Historia druga- Jezus w Hostii kochający i bliski

Miało to miejsce z 30/31 maja ubiegłego roku podczas nocnego czuwania w kościele przed Zesłaniem Ducha Świętego.
Wiele razy uczestniczyłam dotąd w adoracjach Jezusa wystawionego w monstrancji i myślałam, że znam wszelkie formy takich adoracji-indywidualnych, zbiorowych, procesyjnych, z indywidualnym błogosławieniem nią...
W czasach liceum i studiów miałam nawet piękny zwyczaj, który myślę, że należałoby odnowić bo gdzieś mi się zapodział, chodzenia z żelazną dyscypliną przynajmniej raz w tygodniu na godzinną adorację do kościoła gdzie wystawia się Najświętszy Sakrament. Tam sobie w ciszy i skupieniu patrzyłam i mówiłam w sercu do Boga omawiając z Nim aktualne wydarzenia z mojego życia i szukając rozwiązań trudnych spraw- słuchałam i patrzyłam. Po adoracji wychodziłam ze zmęczonymi od gapienia się oczami i początkiem bólu głowy ale jakże odświeżoną duszą.

Adoracje zbiorowe te podczas nabożeństw, także są piękne zwłaszcza lubiana przeze mnie stara pieśń: "Niechaj będzie pochwalony, od nas wszystkich uwielbiony - Przenajświętszy Sakrament..." nastraja mnie do oddawania Mu czci, jednak to co przeżyłam podczas adoracji w trakcie tego czuwania nocnego, uznaję za naprawdę czarowne przeżycie i nigdy wcześniej z czymś takim się nie zetknęłam.
Wyobraźcie sobie taką scenerię adoracji-jest noc, około godziny 22.00/23.00, stary, wąski a długi kościół gotycki wypełniony po brzegi ludźmi i to takimi, którzy przyszli na spotkanie spragnieni Boga a nie z jakiegoś poczucia presji tradycji,to oczywiste, w innym wypadku nie leźliby do kościoła kiedy pora zbierać się do spania, czuć więc w nich bijące mocno serca .
Większość to członkowie różnych wspólnot charyzmatycznych a więc osoby lubiące okazywać radość z wiary, są też jednak i ludzie jak to się mówi prosto z ulicy. Jest też zebranych wielu kapłanów wokół ołtarza.
Zaczyna się adoracja podczas, której kapłan zapowiada, że będzie nieco inaczej niż zwykle -stanie z Najświętszym Sakramentem na samym przedzie, pośrodku nawy głównej , u stóp ołtarza a my możemy podchodzić i w pełnej wolności adorować Jezusa w Najświętszym Sakramencie - dotykając monstrancji dłońmi-dotykając Jego szat, całując... Nie mogłam uwierzyć...
Czy wiecie dlaczego podczas uchwycenia monstrancji z Najświętszym Sakramentem w dłonie, w czasie procesji, podczas chowania Go do Tabernakulum kapłan dotyka monstrancji przez materiał - specjalny welon naramienny nakładany mu przez ministranta. Zanim uchwyci monstrancję owija tą białą jak śnieg tkaniną dłonie, starając się jak może by ani kawałkiem ciała nie dotknąć jej bezpośrednio. To wyraz okazania najwyższego poszanowania, znany od wieków w różnych tradycjach... nie godzi się dotykać Pana grzesznymi, brudnymi rękoma nawet kapłańskimi, .... więc co dopiero naszymi- warto by dodać. On jest ŚWIĘTY!!!
A tu nagle zdarza się szansa, która jest jednocześnie dana zebranym po to by utwierdzić w nas prawdę, że Pan tego chce, chce naszej bliskości , kontaktu, bez względu na historię naszego życia i grzechy chce z nami być blisko, nie powie nikomu przenigdy- nie dotykaj mnie, jesteś brudasem, brzydzę się tobą.
Kapłani nie zastrzegli, że mogą dotykać tylko Ci, którzy są bardzo grzeczni na codzień. Sądzę więc, że tej nocy Pan cieszył się jak nigdy bliskością choćby fizyczną bardzo wielu.

Ludzie a razem z nimi ja, nie dali się dwa razy namawiać , zaczęli wychodzić z ławek, wylegać z wszystkich zakamarków kościoła, środkową nawą popłynął miarowo ,z pełną godnością strumień ludzki zmierzając ku uniesionej w dłoniach kapłana monstrancji z Najświętszym Sakramentem.
Śpiewano.
Na przedzie obu rzędów co wydało mi się szczególnie sugestywne i piękne stały dwie osoby w białych szatach niczym aniołowie, trzymając wysoko ponad sobą wielkie, białe chorągwie i spokojnym ruchem poruszając nimi, tkanina chorągwi przepięknie się układała falując przydawało to takiej magii całej scenerii.
Ludzie , którzy znajdowali się w tej kolejce mniej więcej z 10 metrów od kapłana z Najświętszym Sakramentem, zginali jakby bezwiednie kolana i dalej poruszali się już tylko na klęczkach. Już nawet to robiło piorunujące wrażenie, to zginanie kolan przed Nim i poruszanie się z największym uniżeniem na klęczkach- setki ludzi w takiej postawie uniżonych sług, korzących się grzeszników. Biblia prawdę mówi: " A na imię Jezusa zegnie się każde kolano..." Idąc tak środkiem nawy i zbliżając się coraz bardziej byłam wprost porażona tym na co patrzyłam.
Ludzie dochodząc na klęczkach, otaczali ciasno kapłana z niemal wszystkich stron i dotykali spragnieni monstrancji wyciągając ramiona jak tylko mogli najmocniej, jej promienistych zdobień, podstawy, ale przede wszystkich wiele dłoni naraz kierowało się ku Hostii za szybką i pozostawało tak przez jakiś czas.
I ja miałam swoją chwilę bezpośredniej adoracji- dotknęłam Go - pozostałam tak i muszę przyznać, że byłam ogromnie wzruszona tym przeżyciem bo to było takie i, takie nowe, takie przełamujące wszystkie kościelne konwenanse a jednak nadal pełne czci i miałam przeogromną wprost potrzebę pozostania najlepiej to na całą wieczność w tym miejscu, w ten sposób.
Naprawdę nigdy mi się takie coś nie zdarzyło przy adoracji na odległość:) i wtedy dokładnie w tamtej sytuacji zrozumiałam, że my ludzie nie mamy czego się obawiać, tam u góry nie może być nudno-przeciwnie- jak piękna, fantastyczna, wypełniająca szczęściem musi być wieczność człowieka z Bogiem polegająca na adorowaniu Go bezustannie. To w żaden sposób nie może być nudne, mimo, że takim się wydaje póki mamy tak marne wyobrażenia i o niebie i o Nim samym.
Ta chwila dała mi taką próbkę tego co będzie kiedyś.
Adoracja ta trwała w sumie około półtorej godziny (kapłani zmęczeni trzymaniem ciężkiej monstrancji zmieniali się) podczas, której podchodzili do Jezusa w ten sposób wszyscy i młodzi i starzy i na wózkach i zgarbieni i zakonnice nawet wyobraźcie sobie:)...
A On stał na środku otoczony swoim ludem ukryty w Chlebie dawał się dotykać i brudzić... dotykał nas.




Ta sytuacja ma dodatkowo dla mnie takie znaczenie dlatego,( może czytaliście wcześniejszą historię) że nad ranem czyli dosłownie kilka godzin później tknięta jakimś przeczuciem, że zostałam wysłuchana w swojej biedzie trwającej niemal 5 lat, zrobiłam test ciążowy i okazało się, że nie adorowałam w tamtej chwili Jezusa tylko ja:)

4 komentarze:

  1. Eccomi a lasciarti un salutino ed augurarti una buona serata.
    Gio'

    http://remenberphoto.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Super, że tego doświadczyłaś :)))
    Gdy jeździłam na rekolekcję z franciszkańskimi hipisami każda adoracja wyglądała właśnie tak, że podchodziliśmy i dotykaliśmy (zderzenie z monstrancją głową jest bolesne ;) ).Ci hipisowscy franciszkanie duchowo mnie wychowali, myślę, że dlatego nigdy nie czułam (i nie czuję) żadnego dystansu (takiego, który by mi przeszkadzał w bezpośrednim kontakcie z nim - to mam na myśli) do Boga. U nas w archidiecezji biskup zezwolił na przyjmowanie Komunii na rękę, więc praktycznie można dotykać Pana codziennie :) Pamiętam, kiedy pierwszy raz wzięłam na rękę, to było niesamowite :)
    Czasem też się zastanawiam, co będziemy TAM robić, ale kiedy przypominam sobie spoczynek w Duchu Świętym wiem, że są takie chwil ei takie stany, kiedy człowiek jest tak przepełniony, że po prostu mu wszystko jedno, bo jest w nim tylko Miłość i z tej miłości po prostu nie może nawet wstać... Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  3. A jeszcze coś chciałam napisać - u nas w kościele w czasie podniesienia w taką słoneczną pogodę, słońce wpadające przez okna za ołtarzem sprawia, że Hostia po prostu świeci! Ten efekt jest niesamowity!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaintrygowałaś mnie tym efektem słońca na Hostii to musi naprawdę pieknie wyglądać, naprawdę chciałabym to zobaczyć. Wiesz i ja znam z autopsji przyjmowanie Komunii świętej na rękę, praktykowaliśmy to od czasu do czasu we wspólnocie, z jednej strony niesamowite ale z drugiej strony ja osobiście to miałam takiego stresa:) że wracając od Księdza z Panem Jezusem na dłoni potknę się gdzieś albo z tego przejęcia nie trafię Nim do buzi i że mi spadnie. Kiedyś mi spadł gdy kapłan niewprawnie mi Go podał a i ja nie lubię wywalać jęzora jak krówka na pastwisku i dyskretnie tylko uchyliłam szparę ust swoich:) Spadł ależ ja się podle czułam, przepraszałam Go i przepraszałam. Sińca sobie Biedny pewnie narobił.
    Ta adoracja Pana w Monstrancji była czymś tak odważnym i tak bezpiecznym zarazem dlatego tak mi się podobała. Faktem jest że napierajac takim tłumem mogliśmy przewrócić kapłana z monstrancją ale nie on jeden i drugi i trzeci stał w takiej postawie że przypominał mi zbrojnego wojownika.

    OdpowiedzUsuń